O autorze
Lata naste dawno zostawiłem z tyłu, więc już wiem, czego w życiu się wystrzegać. Ale ono sprawia niespodzianki.

Krowie dzwonki

Kanciaste lub zaokrąglone. Z metalu, rzadziej z drewna. Pobrzękując przynoszą uśmiech i poczucie swojskości.

Na alpejskich łąkach i traktach bydło nosi je na szyjach – zwykle dzwonki nieduże, jednak od święta i na pokaz najdorodniejszym sztukom przerzuca się przez karki ozdobne szerokie taśmy z obydwu końców obciążone dzwonami, z których każdy może mieć wielkość nawet torsu człowieka. Od wieków obecne w kulturze górskich regionów Szwajcarii, Niemiec i Austrii, krowie dzwonki wykorzystywane są też jako instrumenty muzyczne. Odbywają się specjalne pokazy gry na nich, a jako miły dodatek brzmią w bardzo wielu tradycyjnych utworach lub współczesnych piosenkach z tradycją w tle.





Krowie dzwonki mają też swoje miejsce w rocku, oczywiście w wydaniu technicznie dostosowanym do tej muzyki. Słychać je tam już od lat 60. Późniejsza złota era hair metalu, nazywanego też pudel rockiem, spod znaku np. Def Leppard (chociaż tamten wczesny okres kariery tego zespołu zalicza się jeszcze do tzw. Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu) trwająca aż po lata 90. też doceniła krowi dzwonek vel cowbell jako środek artystycznego wyrazu, czemu w Polsce uległ zespół IRA zapatrzony wtedy w rynek zachodni.

Jedną ze starych piosenek grupy Grand Funk Railroad o chlebie powszednim amerykańskiej kapeli rockowej niedawno w nowej wersji nagrał Rob Zombie. Cowbell występuje tu na prawach gościa bardzo specjalnego, a kawałek doskonale nadaje się do jazdy samochodem, względnie czymkolwiek na kołach, do biegania lub po prostu na dobry początek dnia. Wyrywa nas z kapci i pcha do przodu, na spotkanie codzienności, żeby znowu dać jej w pysk.



Wiele lat temu złapałem bakcyla alpejskiego folkloru i tzw. easy listening. Zachęcam, warto spróbować. Można posłuchać o dowolnej porze, np. dzięki tej platformie radiowej (wybiera się zielony przycisk Central Ländler). Koi nerwy i rozwesela.
Trwa ładowanie komentarzy...