O autorze
Lata naste dawno zostawiłem z tyłu, więc już wiem, czego w życiu się wystrzegać. Ale ono sprawia niespodzianki.

Języki obce i nieobce

Żeby nie było za słodko, Donaldowi Tuskowi po mianowaniu go na „prezydenta Europy” natychmiast zaczęto wytykać kulawą znajomość języków obcych. Mam wrażenie, że troszczą się o to głównie Polacy. Niepotrzebnie.

Antoni Słonimski zapytany o to czy zna angielski miał powiedzieć przekornie: „osobiście nie, ale dużo dobrego o nim słyszałem”. Nawet jeżeli Tusk jeszcze do niedawna był na tym etapie, zostawił go za sobą, o czym przekonywał na swojej, jak to określił, ostatniej konferencji prasowej w Brukseli jako polskiego premiera. Na pewno pracuje nad swoją angielszczyzną. Do tej pory mógł to robić na pół gwizdka, ale teraz uskrzydli go nowe stanowisko i będzie w tym orał jak wół.



Nie rozumiem biadolenia nad tym, że Tusk jest na bakier z francuskim, a przecież to język używany w brukselskich i luksemburskich kuluarach, niezbędny do tzw. ucierania stanowisk. Zna niemiecki, co pomaga mu utrzymywać wieloletnią zażyłość z Angelą Merkel, jedną z głównych rozdających karty w europejskiej i światowej polityce. Z tego samego powodu dogada się z Austriakami oraz, przy odrobinie szczęścia i gestykulacji, ze Skandynawami. Niemczyzna i angielszczyzna to pokrewne języki germańskie, co nie jest tutaj bez znaczenia, bo daje realną szansę, że przy intensywnej pracy, przynajmniej po kilkanaście godzin w tygodniu, w grudniu, kiedy w praktyce obejmie swój urząd, będzie na poziomie upper intermediate. Do tego czeka go sporo żmudnej pracy nad słownictwem branżowym, czyli polityczno-ekonomicznym. Takie przygotowanie pozwoli mu już na względną swobodę kontaktu z głowami państw i rządów, komisarzami, sekretarzami, eurodeputowanymi i z kim tam jeszcze przybije piątkę podczas swojej kadencji.

Donald Tusk ma przed sobą najlepszy okres w życiu. Uważam, że w dojściu do niego pewną rolę – choć nie najważniejszą, to wcale nie najmniej ważną – odgrywa... jego imię i nazwisko. W sumie to tylko trzy sylaby, wyraźne, łatwo zapamiętywalne, bez typowo polskich znaków i dźwięków. Uniwersalne, w mowie i piśmie pasujące do wszystkich języków europejskich. Ten niepowtarzalny składnik jego personal brandingu, mimo że w ogóle nie jest jego zasługą, pozwala łatwiej uznać go za swojego przedstawicielom innych narodowości. W dodatku w języku angielskim nazwisko Donalda Tuska oznacza „kieł”. Przecież tyle się teraz słyszy, że Europie potrzebny jest ostry człowiek na trudne czasy... Ma chłop szczęście po prostu. I oprócz umiejętności będzie mu ono potrzebne w nowej pracy.
Trwa ładowanie komentarzy...