Nie rozumiem biadolenia nad tym, że Tusk jest na bakier z francuskim, a przecież to język używany w brukselskich i luksemburskich kuluarach, niezbędny do tzw. ucierania stanowisk. Zna niemiecki, co pomaga mu utrzymywać wieloletnią zażyłość z Angelą Merkel, jedną z głównych rozdających karty w europejskiej i światowej polityce. Z tego samego powodu dogada się z Austriakami oraz, przy odrobinie szczęścia i gestykulacji, ze Skandynawami. Niemczyzna i angielszczyzna to pokrewne języki germańskie, co nie jest tutaj bez znaczenia, bo daje realną szansę, że przy intensywnej pracy, przynajmniej po kilkanaście godzin w tygodniu, w grudniu, kiedy w praktyce obejmie swój urząd, będzie na poziomie upper intermediate. Do tego czeka go sporo żmudnej pracy nad słownictwem branżowym, czyli polityczno-ekonomicznym. Takie przygotowanie pozwoli mu już na względną swobodę kontaktu z głowami państw i rządów, komisarzami, sekretarzami, eurodeputowanymi i z kim tam jeszcze przybije piątkę podczas swojej kadencji.
Donald Tusk ma przed sobą najlepszy okres w życiu. Uważam, że w dojściu do niego pewną rolę – choć nie najważniejszą, to wcale nie najmniej ważną – odgrywa... jego imię i nazwisko. W sumie to tylko trzy sylaby, wyraźne, łatwo zapamiętywalne, bez typowo polskich znaków i dźwięków. Uniwersalne, w mowie i piśmie pasujące do wszystkich języków europejskich. Ten niepowtarzalny składnik jego personal brandingu, mimo że w ogóle nie jest jego zasługą, pozwala łatwiej uznać go za swojego przedstawicielom innych narodowości. W dodatku w języku angielskim nazwisko Donalda Tuska oznacza „kieł”. Przecież tyle się teraz słyszy, że Europie potrzebny jest ostry człowiek na trudne czasy... Ma chłop szczęście po prostu. I oprócz umiejętności będzie mu ono potrzebne w nowej pracy.
